escape..
Marzec 9, 2008
Często podświadomość wierzy, że najlepszym rozwiązaniem jest ucieczka. Najlepszym o tyle, o ile pragnie się pozostać w znienawidzonej sytuacji. Im większy problem, tym większy opór do rozprawieniem się z tematem. Kiedyś jednak siła bólu, który krzyczy z wewnątrz jest tak silna, że znajdzie on nas w każdym zakamarku najgłębszej kryjówki. Uciekamy. Non stop uciekamy. Jesli wierzysz, że nie uciekasz, heheh, cóż.. nie chce mi się na ten temat gadać… widocznie masz rację…..
Istota problemu ma tendencje do nakładania na siebie tysiąca brzydkich ubrań. Każde zwodzi i przeszkadza w ujrzeniu gołej prawdy. Problem jawi się w dziurze spodni, w rozwiązanym krawacie, w urwanym guziku, w plamie na koszuli… w rzeczywistości problem, jego źródło, leży przy ciele, na ciele. Jest to tak straszne, że wolimy ubrać się w te wszystkie łachy, aby tego nie dostrzegać. Kiedyś jednak trzeba będzie się rozebrać, te opary płynące spod ubrań staną się nie do zniesienia. Im szybciej tym właściwie lepiej. Na końcu i tak okaże się, że strach ma wielkie oczy… ale zanim do tego dojdzie, to będzie to wyglądać zgoła o wiele straszniej.
Próbujemy powstrzymać pękającą tamę plastrami i bandażami… budujemy z piasku tamy, aby morze nie wydostawało się na brzeg… w panice tak wielkiej, że nie widzimy, że ta fala i tak się rozejdzie. W końcu brakuje sił… i czarna rozpacz się pojawia…. kiedy nadejdzie ta fala, której się obawialiśmy.. będziemy przerażeni.. nie jej rozmiarami, ale tym, że wszystkie siły straciliśmy na budowanie tamy..
pomóż mi wyjść z podniesioną głową w stronę nadchodzącej fali, a zanim się spostrzegę, woda obmyje moje stopy.